Z artykułu dowiesz się:
- ile mogła mieć grubości ściana solidnego domu sprzed wojny
- dlaczego wapno do zaprawy leżakowało w dołach nawet latami
- czym budowano stropy, zanim upowszechnił się żelbet
- czym izolowano ściany i stropy, zanim pojawiła się wełna mineralna
- dlaczego grube mury wcale nie chronią przed wilgocią
Kamienica z 1928 roku, w której ściany mają nawet 60 centymetrów grubości, potrafi przetrwać stulecie bez większego remontu konstrukcji – a nowsze budynki z lat siedemdziesiątych czasem wymagają poważnych napraw już po czterdziestu latach. To nie przypadek ani nostalgiczna legenda, tylko efekt konkretnych decyzji materiałowych i technologicznych sprzed wojny, z których część dziś wydaje się kompletnie nieopłacalna, a część zaskakująco się sprawdziła. Warto jednak od razu uczciwie powiedzieć: przedwojenne domy nie były bezawaryjne, tylko inaczej awaryjne – ich słabości po prostu ujawniają się wolniej i inaczej niż wady współczesnego budownictwa.
Ściany grubsze niż dziś
W solidniejszych, miejskich budynkach mur na parterze potrafił mieć nawet dwie i pół cegły grubości, czyli około 65 centymetrów, a na najwyższej kondygnacji rzadko schodził poniżej 45 centymetrów. Istniał wręcz zwyczaj budowlany: ściana grubiała o pół cegły co dwie kondygnacje w dół, bo niższe piętra musiały udźwignąć ciężar wszystkich wyższych. Ta masywność miała jeszcze jeden powód – bez nowoczesnej izolacji cieplnej sam mur musiał magazynować ciepło i powoli je oddawać, dając stabilniejszą temperaturę w środku niż dzisiejsza cienka, lekka ściana z ociepleniem. Efekt uboczny widać do dziś w starych kamienicach: głębokie, nawet trzydziestocentymetrowe ościeża okienne, w których swobodnie mieści się szeroki parapet.
Sufity wysokie na trzy metry
Sufity na wysokości trzech, a czasem nawet trzech i pół metra były w przedwojennych kamienicach czymś zupełnie zwyczajnym, chociaż dziś standardem jest dwa i pół metra. To nie kwestia mody, tylko praktyczna odpowiedź na brak elektrycznego oświetlenia i wentylacji mechanicznej: wysokie pomieszczenie łatwiej się przewietrzało, a wysokie, wąskie okna wpuszczały światło dzienne głębiej do wnętrza pokoju. Ten sam powód stoi za charakterystycznymi, smukłymi oknami przedwojennej architektury miejskiej – im wyższe okno, tym dalej od ściany sięgało naturalne światło, zanim elektryczność uczyniła tę kalkulację nieistotną.
Wapno leżakowało nawet latami
Zanim cement portlandzki stał się powszechny, podstawowym spoiwem muru było wapno gaszone bezpośrednio na budowie, w specjalnie wykopanych dołach. Wapno palone zalewano wodą i zostawiano tam na miesiące, a w bardziej dopracowanych realizacjach nawet na lata – im dłużej dojrzewało, tym drobniejsze stawały się jego cząsteczki, co dawało bardziej plastyczną, przyczepną i trwalszą zaprawę. Murarze wiedzieli, że pośpiech przy gaszeniu wapna mści się później pękającym i kruszącym się tynkiem. Zaprawa wapienna twardnieje powoli, wiążąc dwutlenek węgla z powietrza, dzięki czemu jest bardziej elastyczna i przepuszcza parę wodną – część takich stuletnich zapraw jest dziś w lepszym stanie niż niejeden cementowy tynk z lat sześćdziesiątych.
Cegła z lokalnej cegielni
Przed ujednoliceniem norm przemysłowych cegłę produkowały głównie małe, lokalne cegielnie, korzystające z gliny wydobywanej w najbliższej okolicy. Dlatego budynki z różnych regionów kraju mają dziś zauważalnie inny odcień i fakturę muru – inna glina wypalała się na inny kolor, od jasnego, piaskowego beżu po głęboką ceglastą czerwień. Różnice w jakości potrafiły się pojawiać nawet między kolejnymi partiami z tej samej cegielni, zależnie od temperatury wypału i miejsca w piecu, z którego pochodziła dana cegła. To dlatego przy remoncie starych murów tak trudno o cegłę idealnie pasującą kolorem do oryginału – najbliższej cegielni, z której pochodziła, po prostu już nie ma.
Stropy z cegły zamiast betonu
Zanim żelbet stał się standardem, solidniejsze budynki miejskie budowano ze stropami, które dziś brzmią jak zapomniana ciekawostka: strop Kleina, opatentowany w 1892 roku przez murarza J.F. Kleina z Essen. To płaska płyta z cegły pełnej, zbrojona stalowymi płaskownikami i oparta na stalowych belkach dwuteowych – w praktyce ogniotrwały, znacznie mocniejszy następca zwykłego stropu drewnianego. Jego łukowa odmiana, strop odcinkowy, pojawiła się jeszcze wcześniej, już w pierwszej połowie XIX wieku. Przestrzeń między belkami wypełniano czasem zwykłą zasypką z żużla albo gruzu budowlanego – materiał, którego dziś nikt by nie zaakceptował, spokojnie trzyma się w niejednej przedwojennej kamienicy do dziś. W skromniejszych domach i na wsi taki luksus był rzadkością – tam nadal dominował zwykły strop drewniany na belkach z podsufitką z desek.
Trzcina jako izolacja i listwa
Zanim rabic z metalowej siatki i płyty gipsowo-kartonowe stały się oczywistością, podkładem pod tynk na drewnianym stropie były maty plecione z trzciny pospolitej. Trzcina była tania, dostępna lokalnie z okolicznych stawów i mokradeł, a jej chropowata, wielowarstwowa faktura świetnie trzymała warstwę tynku, nie pozwalając mu odpaść. Tego samego materiału używano czasem jako wypełnienia w lżejszych ścianach szkieletowych, obok gliny wymieszanej ze słomą. Skutek uboczny takiego rozwiązania odkrywają dziś ekipy remontowe: skuwając stary tynk ze stropu w przedwojennej kamienicy, natrafiają nierzadko na warstwę wyschniętej, ale wciąż całej trzciny sprzed stu lat.
Drewniane chaty na wsi
Podczas gdy miasta stawiały kamienice z cegły, polska wieś w dwudziestoleciu międzywojennym wciąż budowała głównie z drewna. Standardem była konstrukcja zrębowa: poziomo układane bale łączono w narożnikach specjalnym ciesielskim zamkiem, a całość opierała się na podwalinie ułożonej wprost na fundamencie i kończyła oczepem – górną belką przejmującą ciężar dachu. Tam, gdzie drewna było mniej, budowano w konstrukcji szkieletowej zwanej murem pruskim: sztywny szkielet ze słupów i rygli wypełniano cegłą, a w uboższej wersji, zwanej szachulcem, samą gliną wymieszaną ze słomą. Dachy krył gont albo, w najbiedniejszych gospodarstwach, strzecha ze słomy – dachówka ceramiczna, tańsza dziś niż wtedy, była wydatkiem, na który nie każdego było stać.
Bez izolacji od wilgoci
Uczciwie trzeba jednak przyznać: przedwojenne budownictwo miało jedną poważną słabość, o której sto lat temu po prostu jeszcze nie wiedziano. Fundamenty budowano zwykle z kamienia polnego albo cegły, bez poziomej izolacji przeciwwilgociowej, jaką dziś zapewnia papa czy folia – najwyżej z warstwą smoły, i to nie zawsze. Skutek odczuwają dziś właściciele niejednej starej kamienicy: wilgoć podciąga kapilarnie z gruntu prosto w mur, a w piwnicach i na parterach pojawiają się zacieki i odparzony tynk, niezależnie od tego, jak solidna jest reszta konstrukcji. Naprawa zwykle wymaga wykonania izolacji wtórnej, na przykład metodą iniekcji chemicznej w istniejący mur, czego architekci sprzed stu lat po prostu nie mieli jak przewidzieć.
Przedwojenne domy przetrwały nie dlatego, że budowano je bezbłędnie, tylko dlatego, że budowano je z zapasem – grubszy mur, wolniej dojrzewająca zaprawa i solidniejsze drewno dawały margines bezpieczeństwa, którego dzisiejsze, precyzyjnie wyliczone konstrukcje często nie potrzebują, ale i nie mają. Ich prawdziwą słabością nigdy nie była wytrzymałość, tylko wilgoć i higiena budynku, o której sto lat temu po prostu jeszcze nie wiedziano tyle, co dziś. Kto dziś kupuje przedwojenną kamienicę, dziedziczy więc jednocześnie solidność, która przetrwała już jedną wojnę i kilka pokoleń, oraz problemy, których nikt wtedy nie planował rozwiązywać.
FAQ
Jak grube były ściany w przedwojennych domach?
Ściany w solidniejszych, miejskich budynkach miały zwykle 45-65 centymetrów grubości, czyli półtorej do dwóch i pół cegły, przy czym niższe piętra budowano grubiej niż wyższe. Cały mur pełnił wtedy funkcję izolacji termicznej, bo nowoczesne materiały ocieplające jeszcze nie istniały.
Dlaczego przedwojenne kamienice mają tak wysokie sufity?
Bo bez elektrycznego oświetlenia i wentylacji mechanicznej wysokie pomieszczenie łatwiej się przewietrzało, a wysokie okna wpuszczały więcej światła dziennego. Sufity na poziomie trzech, trzech i pół metra były w kamienicach czymś zupełnie normalnym.
Czym izolowano ściany, zanim pojawiła się wełna mineralna?
Najczęściej samą grubością muru, a przy stropach trzciną, słomą lub zasypką z żużla. Trzcina dodatkowo służyła jako podkład, do którego świetnie przyczepiał się tynk.
Czy przedwojenne domy mają problem z wilgocią?
Bardzo często tak, bo fundamenty rzadko miały poziomą izolację przeciwwilgociową, jaką stosuje się dziś. Wiele takich budynków wymaga dziś wtórnej izolacji, na przykład metodą iniekcji chemicznej, żeby poradzić sobie z podciąganiem kapilarnym wody.
Z czego budowano domy na wsi przed wojną?
Głównie z drewna, w konstrukcji zrębowej z bali łączonych w narożnikach ciesielskim zamkiem. Cegła i beton upowszechniły się na wsi dopiero po wojnie, wraz z industrializacją budownictwa.
Jestem budowlańcem z wykształcenia i pasji. Od 15 lat pracuję przy innowacyjnych projektach budowlanych oraz remontowych w całym kraju. W wolnych chwilach zajmuje się swoim ogrodem, jeżdżę na rowerze po lesie oraz czytam książki.




